wtorek, 6 lutego 2018

Flisak nad Brdą Michała Kubiaka


Michał Kubiak jest rzeźbiarzem stale obecnym w pejzażu bydgoskim. Niestety, nie zawsze z korzyścią dla miasta. Na jego dzieła możemy natknąć się idąc na mszę do Fary (czyli naszej Katedry) bądź do Bazyliki, albowiem dla obu świątyń wykonał drzwi z brązu. Nie są to dzieła rewelacyjne, lecz estetycznie poprawne. Banał katolickiej ikonografii umiejętnie został połączony z banałem bydgoskich realiów (choćby przeniesienie na płaskorzeźby fotografii dokumentalnych z wojny czy z obchodów millenijnych chrztu Polski).
Są też inne rzeźby świadczące o jego przeciętnej poprawności w myśleniu o sztuce. Do nich bez wątpienia zalicza się pomnik z brązu naszego bohatera II wojny światowej, czyli Mariana Rejewskiego, który wraz z kolegami – Henrykiem Zygalskimi Jerzym Różyckim – złamał szyfr hitlerowskiej Enigmy i walnie przyczynił się do wygrania wojny z Niemcami. Pomnik Rejewskiego stanął u zbiegu ulicy Gdańskiej ze Śniadeckich. Wszystkim się bardzo podobał. Zwłaszcza żebraczej hołocie: Rejewski był tak prawdziwy i tak prawdziwie notował w notesie, że co rusz menele wyrywali pióro i łamali notes, żeby sprzedać na złom.
Innym dziełem Kubiaka była postać Andrzeja Szwalbego – wizjonera muzyki w mieście – która stanęła przed Filharmonią Pomorską. Niestety, przedstawiony w brązie Szwalbe to żaden dyrektor Filharmonii i koneser sztuki, lecz zramolały dziadunio, podparty laską, któremu nie udało się zdążyć do toalety… Aż dziw, że z jego portek nie bije smród…
Dopełnieniem rzeźbiarskiej indolencji Kubiaka są sylwetki biegaczy wykonane w żywicy i różnorako barwione. Zamówione przez prezydenta Konstantego Dombrowicza miały być symbolem międzynarodowych igrzysk sportowych w naszym mieście. Taką swoistą maskotką. Jednak nią się nie stały. Były bowiem brzydkie, nieforemne i wykonane niechlujnie. Właściwie był to tylko jeden biegacz, tyle że po wielokroć w żywicy – ponoć w kolorach pięciu kółek olimpijskich – powielony.
Z oblicza każdego jednaka wyzierała groza, jakby nie o bieg sportowy chodziło, lecz o publiczną egzekucję. Niby w ruchu – zaciśnięte pięści w wymachu, dramatyczne pochylenie tułowia i uniesiona prawa noga – niby nawiązanie do greckich przedstawień biegnących sportowców, które znamy ze starożytnej ceramiki, lecz pospiesznie ulepione ciała były pozbawione mięśni. Nie było zatem czego w tych quasi dynamicznych obiektach podziwiać. Żadnej gry światła w napiętym do bólu organizmie.
Na dodatek twórca nie potrafił się zdecydować, czy wzorem starożytnych ma przestawić nagie ciała, czy też iść za purytańską współczesnością i pokazać biegaczy w sportowej odzieży. Płaskie pośladki – bardziej kojarzące się z niewiastami niż z krzepkim dupskiem mężczyzn – z głębokim rozcięciem między nimi świadczą o nagości. Natomiast wypukłość podbrzusza, w której nie ma ani jąder, ani penisa, a która przypomina jakąś dziwaczną narośl – coś w rodzaju brzydkiego czyraka lub groźnego guza nowotworowego – od biedy można uznać za okrytą spodenkami męskość. Ale tak naprawdę, ani koszulki, ani spodenek na topornych posągach nie ma…
Mnie owe człekokształtne potworki przypominały zwłoki ekshumowanych w Katyniu.
Koszmarnych biegaczy poutykano na chodniku w różnych miejscach w Bydgoszczy. Ludzie nagle wpadali na nie i przewracali się. Nic więc dziwnego, że paskudztwo z żywicy potraktowali bezlitośnie, czyli utrącali kończyny bądź niszczyli w całości.
Ktoś spyta:
- Człowieku, skoro to takie gie, czemu tak szeroko o tym piszesz?! –
A ja na to:
- Piszę, ponieważ tego cholernego brzyda żadną fotografią nie uwiecznię. Byłoby to rozpowszechnianie, a ja jestem zbyt wielkim estetą, by nawet ku przestrodze powielać dziadostwo. Zwłaszcza że ono jeszcze wciąż jest. –
Niedobitki Kubiakowych rąk o niewprawnie wymalowanych koszulkach i gaciach straszą przed Stadionem Zawiszy. Zapewne by utrudnić kibicom wejście na trybuny, bo przecież nie dla rozwijania w nich poczucia piękna.
Po biegaczach artysta Kubiak stał się dla bydgoszczan szkodliwym piewcą kiczu. Mieszkańcy w odróżnieniu od władz nie chcieli więcej oglądać płodów jego talentu.
A przecież Michał Kubiak nie zawsze był kiczmanem. W pracach powstałych z potrzeby serca wykazywał wiele poetyckiej wrażliwości. Choćby w „Wędrowcu” ustawionym bezpośrednio na chodniku u zbiegu Gdańskiej, Dworcowej i Pomorskiej.



"Wędrowiec" Michała Kubiaka W Bydgoszczy
u zbiegu Gdańskiej, Pomorskiej i Dworcowej




W tle "Wędrowca" majaczy wieża
Kościoła śś. Piotra i Pawła na Placu Wolności



Postać chłopca w szpiczastej czapce beztrosko kroczącego ulicą przypomina średniowiecznych żaków. Jest w niej młodzieńcza kruchość i ciekawość świata. Posąg z brązu został potraktowany szkicowo, jakby artysta bał się dosłowności – bał się, że poetycka chłopięcość ustąpi konkretowi wałęsania się jakiegoś leniwego wyrostka sprzed wieków, co patrzy, co tu i komu można zwędzić…
Ów żak kojarzy się… z Żakiem. Eugeniuszem Żakiem (1884-1926), malarzem z Francji, którego świat zna pod mianem „Zak”.


Eugeniusz Zak: "Marzyciel"


Eugeniusz Zak: "Krajobraz z wędrowcem"



Eugeniusz Zak: "Tancerz"

Eugeniusz Zak to wielki zapomniany artysta. Pochodził z Polski, miał korzenie żydowskie, pracował w Polsce, Francji i w Niemczech, osiadł w Paryżu i tam zmarł. Miał kilka faz twórczych w swoim dość krótkim życiu. Ponieważ nie malował z natury, lecz z wyobraźni, postaci przezeń tworzone – czy to w formie portretu, czy jako element krajobrazu – zawsze miały w sobie coś poetyckiego, coś melancholijnego. Kobiety w chustach lub kapeluszach, tancerze i pijacy, wędrowcy, arlekiny, śpiewacy – oto uniwersum jego płócien. Z czasem jak u artystycznych rówieśników – Modiglianiego (1884-1920) malarstwie czy u Lehmbrucka (1881-1919) w rzeźbie – jego postaci nabierają wydłużonych proporcji.

Polski twórca żył zbyt krótko, by na trwale zaistnieć w kulturze świata, co nie umniejsza jego dziełu. Wręcz przeciwnie: fakt, że świat się nim niespecjalnie interesuje, sprawia, że jego obrazy są poszukiwane przez bogatych koneserów z Polski i… są na ich kieszeń. Był czas, że obrazy Zaka były nawet w posiadaniu naszego czołowego tenisisty Wojciecha Fibaka, który uchodzi za jednego z najbardziej liczących się kolekcjonerów sztuki w Polsce. 



Jeszcze jedno spojrzenie na "Wędrowca" Michała Kubiaka


Trudno powiedzieć, czy poetycki „Wędrowiec” to świadome nawiązanie do Zaka. Ja w każdym razie taki związek widzę. Ale nie bacząc na powiązania kulturowe, nie tylko mnie posąg przypadł do gustu. Również artysta uznał go za udane dzieło, ponieważ stworzył figury następnych wędrowców w brązie. I postaci te znalazły nabywców. 
Niestety, inne realizacje Michała Kubiaka nie miały już tej siły wyrazu, a paskudni „biegacze” ostatecznie utrwalili opinię bydgoszczan o rzeźbiarzu, że się skończył.

Kiedy zatem rozeszła się wieść, że Ambasada Węgierska pragnie podarować miastu pomnik flisaka i że pomnik zlecono wykonać właśnie Michałowi Kubiakowi, wszyscy byli pełni najgorszych przeczuć: 


- Jezu, znowu jakieś zombie będzie straszyć mieszkańców! I to w miejscu ulubionych spacerów, czyli nad rzeką! Strach z małym dzieckiem wyjść, bo się popłacze od widoku Kubiakowej maszkary! –

Skąd ta nagła szczodrość Węgrów względem Bydgoszczy? Ano, za sprawą Franciszka Floriana Czakiego (Ferenc Florian Csaky de Kerestszegh) – węgierskiego arystokraty, który był kapitanem polskiej artylerii na służbie Stanisława Augusta Poniatowskiego i jednocześnie najwybitniejszym kartografem Rzeczpospolitej owego czasu. Bydgoszcz zawdzięcza mu projekt kanału Brda-Noteć, który podchwycili Prusacy po pierwszym rozbiorze Polski (w roku 1772, w wyniku którego Bydgoszcz odpadła od Macierzy) i z sukcesem wcielili w życie.
Pomnik jest zatem przywróceniem sprawiedliwości dziejowej, gdyż za pomysłodawców Kanału Bydgoskiego niesłusznie zwykło się uważać Prusaków (Wielkiego Fryca, czyli króla Prus Fryderyka II, urzędnika Franza von Brenckenhoffa, drogomistrza Hermana Jaweina lub ministra spraw zagranicznych Ewalda Friedricha Hertzberga), chociaż bez nich, bez ich determinacji, która pochłonęła życie ponad 2 tysięcy robotników, kanał prawdopodobnie nigdy by nie powstał.
Na marginesie jednej z map hrabia Czaki naszkicował postać flisaka. I ta właśnie postać zainspirowała honorowego Konsula Węgier w Polsce, Marka Andrzeja Pietrzaka, do wystawienia pomnika w Bydgoszczy. Początkowo romantycznie zakładano, że flisak będzie miał rysy samego hrabiego, ale ze względu na zbyt skąpe materiały o kartografie (zmarłym w 1772 roku, ale o którym nie wiadomo nawet, ile miał lat) z pomysłu zrezygnowano.
Rzeźbiarz Kubiak otrzymał w tej materii wolną rękę, a ponieważ wolność i zmusza do wysiłku, i sprzyja osobistym upodobaniom, wbrew obawom bydgoszczan wywiązał się z zadania znakomicie. Jego flisak – z wiosłem, w podwiniętych portkach i w rozchełstanej kamizeli – jest ukłonem w stronę poetyckich postaci wędrowców. Nieco zamyślony, oparty o barierkę nadbrzeża, ma w sobie wdzięk wrażliwych odmieńców, którzy czasem przemierzają świat.




"Flisak hrabiego Czaki" autorstwa Michała Kubiaka
przy Moście Staromiejskim w Bydgoszczy


Rzeźbę ustawiono w bezpośrednim sąsiedztwie Mostu Staromiejskiego. Lokalizacja efektowna, bo w centrum i na wyciagnięcie ręki dla turystów. Ale czy nie należało przenieść pomniczek nieco dalej, by podnieść atrakcyjność nadbrzeża w dalszym biegu Brdy? Może w sąsiedztwie hotelu „Słoneczny Młyn”, gdzie mieści się konsulat węgierski w Bydgoszczy i gdzie malowniczy przystanek tramwaju wodnego? Wędrówka wzdłuż naszej rzeki byłaby znacznie przyjemniejsza. 
Przy okazji warto pamiętać, że zgoła odmiennie naszkicował postać flisaka nasz bydgoski Homer, czyli Jerzy Sulima-Kamiński. W czasach jego młodości bowiem drzewo jak dawniej i jak w operze „Flis” Stanisława Moniuszki spławiano Brdą. Ludzie rzeki jawili się wówczas jako krzepcy, zręczni i czupurni:


„Ale warunek: pójdziemy na skróty, po gazowej rurze, rozpiętej nad Brdą, w miejscu zburzonego bernardyńskiego mostu. (…) Holownik był mały, niski, a my wysoko; nawet nie obalili komina, nie musieli. Trwaliśmy jak zawieszeni nad kraterem wulkanu. Nie widzieliśmy pokładu ani marynarzy, tylko maszyna sapała, tłukły się panewki korbowodów i pieniła woda za śrubą. A kiedyśmy przejrzeli, oczadzeni i przyduszeni, pod nami sunął powalony bór. Rudobrązowe pnie sosen uciekały spod nas bezszelestnie. Tylko flisak stał pode mną w miejscu, mimo iż żwawo przebierał nogami po pniach i tratwa uciekała mu spod stóp, a on szczerzył zęby i udawał, że chce mnie strącić bosakiem. Czekałem, aż tratwy się skończą i ten cholerny flisak wpadnie do wody. Ale on wciąż przeskakiwał z jednej na drugą, groził bosakiem, a tratwy ciągnęły się i ciągnęły esowato bez końca. – Ty, bo ci plujnę! – usłyszałem głos Kałdana. Charknął potężnie i flisak począł się oddalać od rury, ode mnie, od Kałdana; wygrażał nam pięścią.”

Jerzy Sulima Kamiński: Most Królowej Jadwigi, tom 3, rozdział XIII


"Flisak" Michała Kubiaka, a w tle bydgoska Katedra, czyli Fara